Jestem Ewa, osierocona mama Majeczki.
Nasza walka z przykrą rzeczywistością zaczęła się zaraz po ślubie, tzn. w kwietniu 2004 r.. Nasze plany życiowe wyglądały jak scenariusz fabularnego filmu z happy endem. Mieszkanko (mała kawalerka), ciąża zaraz w pierwszym cyklu po ślubie, by dzidziuś urodził się w lutym, jak cała rodzina męża.
A tu nic się nie realizuje, ciąży ani śladu, ani widu. Mieszkanie nadal z rodzicami, mąż 90 km dalej, bo miałam zaraz iść na L4 i wyprowadzić się w strony męża do naszego mieszkanka. I tak do końca roku 2004.
W końcu przyszła pora się przeprowadzić i zapisać się na listę bezrobotnych. Czas na bezrobociu zaczął się na wizytach u ginekologów. Było ich sporo, aż w końcu znalazł się prawdomówny doktorek i radził nam oddać się w ręce specjalistów od niepłodności. Nie skorzystaliśmy. Kolejny gin – androlog. Operacja powrózka nasiennego – brak poprawy. Kolejny androlog – profesor, wizyta 2 min, kolejna recepta itp.. Kolejny rok.
Zrobił się koniec roku 2006 i znowu sami. Decyzja o wizycie w klinice. Diagnoza po pierwszej wizycie, druga wizyta – test na żywotność plemników i znowu klapa. Mam wrogi śluz, lekko policystyczne jajniki, mąż 18 mln plemników z 3% morfologią. Lekarz proponuje inseminację w następnym cyklu. Najpierw trzeba było zrobić hormony. I co ? Wysoka prolaktyna. Zbijamy bromergonem i odpuszczamy cykl, aby leki podziałały.
Jest początek lutego 2007 r.. Nerwy, że znowu cykl się przedłuża i znowu będzie się wlekło. Mierzę temperaturę i coś mi się zaczęło podobać, temperatura nie spada już dość długo. Robię test o 5 rano, no i co ? Są, są dwie grube, tłuste krechy! Radość, łzy szczęścia i poszczypywanie się, czy to na pewno nie sen. No i to, o czym marzyłam – nudności, które potwierdziły ciążę przed wizytą u gina. Przypomnę, że w tym cyklu robiłam test owulacyjny po raz pierwszy w życiu, który wyszedł pozytywnie. Zobowiązał do pieczołowitych starań. Wymarzoną ciążę potwierdziło usg w szóstym tygodniu. Na kolejne wizyty latałam na skrzydłach. Ciąża przebiegała książkowo. Termin porodu na 31 października 2007 r.
Do szpitala poszłam 6 listopada. Aż przyszedł czas porodu, który zaczął się 10 listopada w piątek o 17:00 i trwał do niedzieli do 1:30. Trwał 32 h!
Tego nie mam siły już pisać. Po morderczym, traumatycznym porodzie zakończonym cc (bo tętno zwolniło), urodziła się wymarzona córeczka Majeczka.
Nie słyszałam jej pierwszego płaczu. Nic. Szok. Niedowierzanie. Łzy. Długa reanimacja, brak oddechu. Serduszko jeszcze leciutko pukało.
I ta chol… wiadomość: „Przykro nam, 1 punkt, 3250 gram, 51 cm. Chce pani zobaczyć córkę?”
Nie, nie zobaczyłam. Nie miałam odwagi spojrzeć Majeczce w oczy. Stchórzyłam. I stchórzyłam zrobić awanturę lekarzowi, aby coś robił, bo tak długo nie mogę rodzić! 11dni po terminie, z zielonymi wodami płodowymi!!!
Minęły już dwa lata, my nadal we dwoje. Zostało nam tylko nagranie na telefonie z ktg - jak bije serduszko naszego Aniołka.
Problemy ze staraniami się powtórzyły, jesteśmy po nieudanej inseminacji. Zbieramy siły i środki, aby podejść do in vitro. By znowu spełniły się te jedyne marzenia.
Walczymy w sądzie o sprawiedliwość, aby ten lekarz już nie osierocił żadnych rodziców.
Ewa
Witam!
Przeczytałam maila i jest ogromnie przykro i smutno.
Jestem po 2 poronieniach, 4 latach leczenia, ale i już z wymarzonym synkiem. Pamiętam jak fatalnie czułam się po utracie naszych “dzieci”…
Nie potrafię sobie jednak wyobrazić jak duży, rozdzierający ból Was przeszywał, co odczuwaliście, może nadal czujecie…
Trzymam z całych sił kciuki za wygranie sprawy, ale nade wszystko za spełnienie Marzenia, największego i najważniejszego na świecie… Warto…
Pozdrawiam
Monika z Poznania