Jesteśmy małżeństwem od 6 lat. Nasza historia rozpoczęła się jeszcze przed ślubem. Okazało się, że jestem w ciąży, ale niestety w 8 tygodniu dostałam silnego bólu i plamienia. Miejscowi lekarze stwierdzili, że poroniłam. Po długim leczeniu u ginekologa, zaszłam w ciążę po raz drugi. W 9 tygodniu w trakcie USG okazało się, że mam puste jajo płodowe, a na następną wizytę trzeba czekać ponad rok. A ja tak bardzo pragnęłam mieć dziecko.
Jakiś czas później moja siostra oglądała program o klinice INVIMED i spisała mi nr telefonu. Po namyśle z mężem zdecydowaliśmy się na leczenie w tej klinice. Na pierwsza wizytę do doktor Karwackiej jechaliśmy bardzo zdenerwowani, ale niepotrzebnie, ponieważ atmosfera była bardzo przyjemna. Pani doktor wszystko nam objaśniła. Później kolejne wizyty, badania. W trakcie badania drożności jajowodów, okazało się, że pierwsza ciąża nie była poroniona, ale pozamaciczna i miałam zrosty na jajowodach, co także było przyczyną moich problemów. Po wszystkich badaniach rozpoczęłam leczenia hormonalne, a było ich kilka. No i nic! Każdego miesiąca czułam jak po kawałku coś we mnie umiera i nie było dnia, żebym nie płakała. Miałam także inseminacje. I nic.
W czasie kolejnej wizyty okazało się, że zostało nam tylko in vitro. Bardzo się bałam, że nam się nie uda, bo mój mąż powiedział mi, że robimy ten zabieg pierwszy i ostatni raz. Pewnego wieczora, kiedy siedziałam przed domem i płakałam, pomodliłam się i poprosiłam Jana Pawła II o pomoc. Mimo, że było naprawdę pochmurno i nie było widać gwiazd, w czasie tej modlitwy pokazała się duża gwiazda i pomyślałam, że to może byś znak z góry. Pod koniec września miałam punkcję, a w Zaduszki transfer. I tego dnia nigdy nie zapomnę. Nigdy w życiu nie musiałam tak przetrzymywać moczu, aż się ze mnie lał pot. Po zabiegu musiałam odczekać dwa tygodnie .
No i czas na badania. W domu nie robiłam sobie testu ciążowego, bo się bałam. No i pojechałam do Warszawy, według zalecenia NASZEJ P. Doktor. Przy okazji w Warszawie odwiedziłam koleżankę z pracy. Siedzieliśmy i czekaliśmy na wiadomość z Kliniki. I nic . Kiedy czekałam na pociąg, zadzwonił telefon od p . Karwackiej i te słowa mi utkwiły w pamięci ” muszę pani pogratulować. Z badań wynika, że jest pani w ciąży “. BOŻE, jaka ja byłam szczęśliwa! Po tym telefonie zaczęłam do wszystkich wydzwaniać.
No a potem z głową w górze wizyty jako ciężarna. Wciąż nie mogłam się doczekać kolejnej wizyty i kolejnego USG. Najpierw plamka, później miś koala i malutki człowieczek z siusiakiem. Później czekałam tylko na kopniaki. W szóstym miesiącu, jak leżałam w domu na łóżku, poczułam jak mój brzdąc się rusza i zaczęłam beczeć ze szczęścia i wołać męża. To było wspaniałe!
No i w końcu nadszedł czas. O terminie, czyli 19 lipca zgłosiłam się do szpitala. Oczywiście badania i decyzja lekarzy – jutro o 9:00 wywołujemy poród. Następnego dnia na porodówkę. Poród był ciężki i długi, ale było warto, bo o godzinie 22:05, 20 lipca 2008 r. przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz największy skarb SYNEK ŁUKASZEK.
Przyszłe mamusie walczcie, bo warto. Ja nie raz słyszałam (słowa teściowej)
“A BO BĘDZIE CO?”, “A BO BĘDZIETA MIEĆ DZIECI?” i (słowa mojej mamy ) “PO CO WCIĄŻ JEŹDZISZ PO TYCH LEKARZACH?”. A ja jeździłam i wyjeździłam. I jestem z siebie dumna. Dziś nasze Szczęście ma 18 miesięcy i od tylu miesięcy jesteśmy naprawdę szczęśliwi, mimo że wydaliśmy wtedy wszystkie oszczędności. No i mieliśmy okazję w końcu kupić nasze jedyne długo wyszukiwane auto, w którym mieści się tylko masz Syncio czyli wózio.
Zawsze będziemy wdzięczni Pani Anetcie Karwackiej za to, że nam pomogła w drodze do SZCZĘŚCIA i zrobię wszystko by nasz Syn miał okazje Panią doktor poznać.
SZCZĘŚLIWI RODZICE
Elżbieta i Piotr
Wszystkiego dobrego. Wasza historia skończyła się jak w bajce . My tez czekamy na szczęśliwy finał. Nasza Julia ma się urodzić pod koniec kwietnia.
Życzę wszystkim mamom takiej walki . Bierzcie przykład z Eli która walczyła i wywalczyła .
Tomek