Zamknij Używamy plików cookies!

Tak, zgadzam się

Moje życie ocalało. Walczymy, by sprowadzić na świat kolejne.

Moje życie ocalało. Walczymy, by sprowadzić na świat kolejne.

Na imię mam Agata, mam 32 lata, rok temu zdiagnozowano u mnie nowotwór piersi.


Jak to pewnie zazwyczaj bywa wszystko, zaczęło się zupełnie niespodziewanie. Kiedy lekarz ginekolog skierował mnie na badanie USG nie myślałam, że mogę być chora. Razem z Maćkiem, moim mężem, podjęliśmy właśnie decyzję o powiększeniu rodziny. Cieszyliśmy się myślą, że już niedługo urośnie mi brzuch, zaczną się poranne mdłości po to by za chwilę pojawił się on lub ona, nowy człowiek, który już na zawsze stanie się dla nas najważniejszą osobą w życiu. Badanie miało potwierdzić jedynie, że jestem zdrowa i nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy razem z Maćkiem otworzyli nowy etap w naszym życiu. Jednak już mina lekarza wykonującego badanie sugerowała, że nie będzie łatwo. Lekarz wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale stwierdził jedynie, że powinnam udać się na drugi dzień na badanie ultrasonografem. Mimo wszystko tej nocy spałam bardzo dobrze. Nawet śniło mi się, że jesteśmy już we troje. Nic nie zapowiadało takiej burzy…

Kolejny dzień pamiętam jakby to było najdalej wczoraj. Pamiętam dokładnie co jadłam na śniadanie, w co byłam ubrana, pamiętam nawet co grało moje ulubione radio, gdy jechałam na badanie i jak pięknie świeciło wrześniowe słońce. Tego dnia wszystko się zwaliło. Cały mój ówczesny świat runął w gruzach. Lekarz, który wykonywał badanie nie odzywał się do mnie, ale widziałam, że zobaczył coś złego. Czułam jak krew pulsuje mi w skroniach. Cisza podczas badania była nie do zniesienia. W końcu się odezwał – Proszę pani, ma pani guza w lewej piersi. Niestety nie wygląda to na zwykłą torbiel. Konieczne będzie przeprowadzenie dodatkowych badań na obecność markerów nowotworowych – czułam narastającą panikę. Lekarz oczywiście zaczął mnie uspakajać mówiąc, że dopiero dalsze badania…, że być może nic groźnego… i tak dalej, ale ja już wiedziałam, że zamiast cieszyć się nowym życiem, będę musiała walczyć o własne.

Tego samego popołudnia powiedziałam o badaniu Maćkowi. Nie mógł uwierzyć, zaczął mówić szybko i dużo. Nie pamiętam już co. Potem nagle przytulił mnie i razem płakaliśmy. Leżeliśmy tak przytuleni przez całą noc i żadne z nas nie powiedziało już słowa.

Później wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Dalsze badania potwierdziły najgorsze. Potem kolejne konsultacje, kolejne badania. Szukaliśmy innej opinii, drugiej i trzeciej i czwartej… Aż w końcu przyjęliśmy od lekarza i do wiadomości skierowanie na usunięcie operacyjne guza.

Zmiana nowotworowa okazała się być wykryta na bardzo wczesnym etapie, a badania wykluczyły by była przerzutem z innych organów. Wtedy usłyszałam kolejną złą wiadomość. Po usunięciu guza czekała mnie chemioterapia. Lekarz nie pozostawił mi złudzeń. Terapia mogła spowodować z dużym prawdopodobieństwem trwałą bezpłodność.

Kolejny cios. Przecież chcieliśmy mieć dziecko. Nawet jeśli przeżyję, moje życie nie będzie pełne, jak tego pragnęłam. Właściwie wyłam z bólu, tego psychicznego. Przeklinałam lekarza, który przekazał mi tę wiadomość. Dziś mu dziękuję za tę wiadomość.

Tylko dzięki temu, że on mi o tym powiedział. Tylko dlatego, że pomyślał nie tylko o moim życiu, ale o kolejnym, którego nie będę w stanie sprowadzić na świat przez chemioterapię, zaczęliśmy poszukiwać możliwości zabezpieczenia mojej płodności.

Zdecydowaliśmy się na pobranie moich komórek jajowych przed operacją i chemioterapią. Na szczęście mieliśmy na to czas.

Dziś jestem po leczeniu, nie tylko po operacji i chemioterapii, ale po pierwszym cyklu. Jeszcze się nie udało. Wiemy, że może być trudniej. Mój organizm wiele przeszedł. Moje życie ocalało. Walczymy, by sprowadzić na świat kolejne.

Komentarze (0)