Zamknij Używamy plików cookies!

Tak, zgadzam się

One way or another

One way or another

Zaczęło się chwilę po moich 33. urodzinach. Ni stąd, ni zowąd zaczęłam przybierać na wadze. Kiedy przestałam dopinać się w ulubione jeansy, przeszłam na ostrą dietę. Zaczęłam zwracać uwagę na to co jadłam. Byłam zaniepokojona.


W międzyczasie w firmie zaczęła się restrukturyzacja. Nie pamiętam już kiedy przestałam dobrze sypiać. Wiecznie się bałam. Bałam się o pracę, czy nie zostanę zwolniona, jak będzie wyglądała moja kariera. Bałam się o swój związek – mimo diety wciąż tyłam, nie miałam ochoty na seks. Stałam się drażliwa. Wszystko mnie irytowało. Myślałam, że to wszystko przez stres w pracy. Mój ówczesny związek nie przetrwał próby czasu.

Jak możecie się domyślać, rozstanie tylko pogłębiło moje złe samopoczucie, a – co gorsze – spowodowało, że nie myślałam o pójściu do innego lekarza niż psycholog. Jednak nawracające napady lęku już po tym, kiedy restrukturyzacja się zakończyła a ja zachowałam pracę , wydawały się irracjonalne. Poza tym te kołatania serca. Zaczęłam od endokrynologa. Podejrzewano u mnie niedoczynność tarczycy. Komplet badań i nic. Biegałam od lekarza do lekarza. Wtedy nie pomyślałam. Ani ja ani moi lekarze, że w tak młodym wieku dotknie mnie menopauza.

Przeszłam ją przed moją mamą.

To był jeden z najsmutniejszych okresów w moim życiu. Wcześniej nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak ważna jest dla mnie kobiecość. I płodność. Wtedy też postanowiłam z nikim się już nie związać. „Zostanę starą panną bez dzieci!” „Będę korzystać z życia, jeździ na wakacje do hoteli dla dorosłych w gronie ulubionych koleżanek!” – myślałam.

Nie pamiętam jak to się stało, że Robert pojawił się w moim życiu. Pojawił się a jednej z kolacji organizowanych przez znajomych, potem kolejnej. Miło nam się rozmawiało. Pewno dnia wpadliśmy na siebie w centrum handlowym. „Szybka kawa?” – zaproponował. Nie odmówiłam. Umówiliśmy się na kolejną i kolejną. Potem było kino, squash, gokarty, tenis, teatr… Staliśmy się przyjaciółmi, potem zdarzyła się szalona noc i kolejna. Zdałam sobie sprawę, że to coś więcej. Przestraszyłam się i zaczęłam uciekać. Unikałam go. Robert nie odpuszczał. W końcu musiałam powiedzieć mu prawdę.

„Przeszłam menopauzę. Nie mogę mieć dzieci. Nie powinniśmy być razem”. To były trzy krótkie zdania. Krótkie, ale silne i bolesne. Jego wyraz twarzy mówił wszystko. Czułam, że mnie zostawi. Powiedział, że mnie kocha, i że musi to wszystko przemyśleć. Powiedział, że wróci.

Długo jeszcze w uszach słyszałam dźwięk jego kroków i zamykanych drzwi mojego mieszkania. Miałam wrażenie, że to ostatni raz kiedy je słyszę. Wrócił. Jak obiecał po kilku godzinach. Z kwiatami i pierścionkiem. Płakaliśmy oboje, kiedy powiedział, że przetrwamy to, ale będziemy mieć dziecko – jak to powiedział „one way or another”.

Potem było szczęśliwe narzeczeństwo i ślub. W międzyczasie pomysł – adopcja. Kiedy przechodziliśmy kolejny kurs na rodziców zastępczych i wypełnialiśmy coraz to nowe dokumenty czułam, że czegoś mi brakuje i że będzie brakować. Nie zrozumcie mnie źle. Cieszyłam się na myśl zostanie mamą, ale wiedziałam, że tracę ten czas ciąży, głaskania po brzuchu, odczuwania kopniaków maleństwa. Było mi ciężko. Wróciłam na terapię, najpierw do mojej terapeutki z czasów, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że nie będę mogła mieć dzieci. Okazało się, że ona ma znajomą, która jest psychologiem w klinice leczenia niepłodności. I to był strzał w dziesiątkę.

Przede wszystkim poczułam zrozumienie. Pani Agata znała mój problem, miała już pacjentów, którzy borykali się z niepłodnością. Czułam, że te spotkania mi pomagają. To ona zaproponowała, bym udała się do specjalisty leczenia niepłodności. Najpierw uznałam to za szaleństwo – przecież menopauza to trwała utrata niepłodności. Dla mnie nie ma już szans – myślałam.

Bardzo się myliłam. Lekarz zaproponował mi adopcję. Adopcję komórki jajowej. Dzięki dawczyni mogliśmy zostać rodzicami. Robert biologicznym. Ja fizycznie i emocjonalnie mogłam zostać mamą.

Dzięki adopcji komórek jajowych miałam nie tylko szansę na to, by zostać mamą, ale na to, by przeżyć wszystko, co się z tym wiąże – zarówno tych cudownych chwil, kiedy oglądasz swoje dziecko na ekranie ultrasonografu i słuchasz bicia jego serca, jak tych drobnych uciążliwości ciążowych, które potem latami wspomina się z czułością – poranne mdłości czy zgaga, na wieść o której babcie i ciocie wróżyły, że dziecko będzie miało bujną czuprynę.

Nie ukrywam – miałam wątpliwości. Jednak chęć przeżycia macierzyństwa – niejako od początku do końca – była silniejsza. Zwyciężyła. Dwukrotnie.

Dziś jesteśmy szczęśliwymi rodzicami Leny i Stasia.

 

Komentarze (0)