Zamknij Używamy plików cookies!

Tak, zgadzam się

To ja będę mamą…

To ja będę mamą…

Nazywam się Aneta i od trzech lat jestem mamą małej Oli. Długo wahałam się, czy opowiedzieć moją historię, historię mojego szczęścia bowiem nie byłoby ono możliwe, gdyby nie adopcja komórki jajowej. Myślę jednak, że w tym wypadku nie droga, ale cel był najważniejszy – zostać mamą!


Kiedy miałam 32 lata razem z mężem zaczęliśmy starać się o dziecko. Po około ośmiu miesiącach nieudanych prób udaliśmy się do lekarza. Diagnoza była bezlitosna – przedwczesna menopauza. Moje jajniki przestały pracować. Nie mogłam w to uwierzyć. Kwestionowałam to. Chodziłam od lekarza do lekarza. Od kliniki do kliniki. Dalsze badania nie pozostawiły jednak żadnych złudzeń. Kiedy usłyszałam, że nie będę mogła mieć dzieci czułam, jakby ziemia pode mną pękła a ja spadałam w ogromną przepaść.

Miałam do siebie ogromny żal. Czułam złość, że bagatelizowałam wszystkie objawy… Wtedy zrozumiałam co oznaczały nieregularne okresy i trochę większe oponki szczęścia wokół mojej talii. Dlaczego to nie było coś co szczególnie mnie zaniepokoiło?! Wyrzucałam sobie. Dowiedziałam się, że przyjmowane przeze mnie tabletki antykoncepcyjne na długo przed tym zanim zaczęliśmy się starać o dziecko mogły powodować złagodzenie objawów.

Pani doktor, która przekazała mi ostateczną diagnozę powiedziała mi także, żebyśmy z mężem nie poddawali się w staraniach o dziecko. Poinformowała mnie o możliwości adopcji komórek jajowych. Kiedy zapytałam co to takiego pani doktor powiedziała, że jest to metoda zapłodnienia pozaustrojowego, w której wykorzystuje się komórkę jajową innej kobiety, którą zapładnia się nasieniem mojego męża. Na koniec otrzymałam dane kilku działających w Warszawie klinik leczenia niepłodności stosujących tę metodę.

Początkowo nie wiedziałam co sądzić o tej metodzie. Biłam się z myślami. Myślę, że wtedy zadziałał strach wywołany zupełnie nieracjonalnym myśleniem, że „nie będzie to przecież moje dziecko”. Nie mogłam spać. Biłam się z myślami. Dziś żałuję, że tak długo tkwiłam w tym sama, że nie rozmawiałam o tym z moim mężem ani z psychologiem. Dojście do punktu, w którym poszukałam pomocy u partnera zajęło mi kilka miesięcy. A było to tak proste. Znów żałowałam. Tym razem, że zmarnowałam tyle czasu. Bo kiedy powiedziałam o moich wątpliwościach mężowi, on przytulił mnie tylko i powiedział coś bardzo ważnego – Zrobisz jak zechcesz, musisz tylko wiedzieć, że to ty będziesz matką tego dziecka, nikt inny. To Ty będziesz je nosić pod sercem przez 9 miesięcy. To Ty zrezygnujesz dla niego z pracy, ukochanego czerwonego wina i piątkowego sushi. To Ty będziesz czuła lęk o utrzymanie ciąży, niepokój przed każdym badaniem usg. W końcu to Ty urodzisz. Kochanie, to nie geny sprawią, że staniesz się matką, to poświęcenie i miłość, którą obdarzysz dziecko.

Na nowo się w nim zakochałam. Przypomniałam sobie też dlaczego właśnie z nim chcę mieć dziecko. Dlaczego będzie wspaniałym tatą.

Niespełna tydzień później udaliśmy się do kliniki in vitro. Cała procedura okazała się być bardzo przyjazna. W trakcie wyboru jajeczka do adopcji, pomimo anonimowości samych dawczyń, mogłam uzyskać wiele informacji takich jak wiek dawczyni, to że urodziła już zdrowe dzieci itp. Mogłam nawet, dzięki udostępnionym zdjęciom z dzieciństwa, zobaczyć jak dawczyni wyglądała mając kilka lat. Razem z mężem dokonaliśmy wyboru i rozpoczęliśmy procedurę in vitro. Po trzech miesiącach siedzieliśmy już w gabinecie USG i ze łzami w oczach wsłuchiwaliśmy się po raz pierwszy w bicie serca Oli.

Moje początkowe obawy okazały się całkowicie bezpodstawne. Bardzo szybko zrozumiałam, że dziecko, które we mnie dorasta jest częścią mnie. Kiedy po dziewięciu miesiącach ciąży usłyszałam w końcu jej pierwszy płacz nie miałam już, żadnych wątpliwości. Wiedziałam, że od tej pory będzie to najważniejsza osoba w moim życiu, za którą jestem odpowiedzialna, i którą będę bezwarunkowo kochać już zawsze. Dziś, kiedy w nocy przychodzi czasami do nas do łóżka, kładzie się obok mnie i wtulona spokojnie zasypia, wtedy wiem, że dla niej też jestem najważniejsza, że jestem jej mamą.

 

Komentarze (0)