Zamknij Używamy plików cookies!

Tak, zgadzam się

Musiałam zobaczyć te dwie kreski

Historia Dominiki z Gdańska

Musiałam zobaczyć te dwie kreski

„Tak bardzo chcieliśmy, aby się udało. Nigdy na głos nie wypowiedziałam tych słów, bo bałam się, że zapeszę. Walczyłam ze swoimi myślami i obawami w środku. Wolałam twierdzić, że się nie uda, żeby po raz kolejny nie cierpieć w dniu otrzymania wyników beta hCG” –  tak o próbach in vitro opowiada Dominika, mama dziś już dwuletniej Tosi. Poznajcie jej historię.


O tym, że chcieliśmy mieć dużą rodzinę, wiedzieliśmy od zawsze. Niestety mimo wielu starań, wizyt u wielu lekarzy, badań, szukania informacji w internecie – nic się w tym temacie nie działo. Mijały kolejne miesiące, a ja nie zachodziłam w ciążę. Pojawiły się wątpliwości. W końcu szczęśliwie trafiliśmy do odpowiedniej kliniki i odpowiedniego lekarza – do dr Makowskiej. Po wielu latach po raz pierwszy ktoś poświecił nam tyle czasu, ile było potrzeba, by postawić właściwą diagnozę. Niestety okazało się, że jedyną szansą na dziecko jest in vitro. Nie zastanawialiśmy się ani chwili. Wiedzieliśmy, że tylko w ten sposób możemy spełnić nasze największe marzenie i cieszyć się pełnią szczęścia.

Nie było łatwo. Ciągłe wizyty, badania, przyjmowanie hormonów, leków, przybieranie na wadze, wahania nastroju… Mój mąż stanął na wysokości zadania i był ogromnym wsparciem. Udało nam się w wyniku stymulacji uzyskać sporą liczbę komórek jajowych, a z nich sześć zarodków. Niestety pierwszy transfer nie przyniósł oczekiwanego efektu. Pojawiły się pierwsze wątpliwości, strach – na ile prób starczy nam sił. Po dwóch czy trzech miesiącach podeszliśmy do drugiego transferu. Tak bardzo chcieliśmy, aby się udało. Nigdy na głos nie wypowiedziałam tych słów, bo bałam się, że zapeszę. Walczyłam ze swoimi myślami i obawami w środku. Wolałam twierdzić, że się nie uda, żeby po raz kolejny nie cierpieć w dniu otrzymania wyników beta hCG. Z drugiej strony, pozytywne nastawienie jest niezbędne, aby próba się powiodła. To było najdłuższe dziesięć dni w moim życiu… Trzeciego dnia od transferu poczułam dość silne ukłucie w podbrzuszu. Przeraziłam się i z trudem powstrzymałam się od płaczu. Byłam przekonana, że już po wszystkim. Rano w dniu badania (pobieranie krwi do określenia poziomu beta hCG) nawet nie przypuszczałam, że będzie to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Po południu mailem dostałam wynik badania. Nie jestem w stanie opisać, co wtedy czułam. Po powrocie z pracy do domu zrobiłam sobie standardowy test ciążowy – musiałam zobaczyć te dwie kreski!!!

Ciąża przebiegała w miarę spokojnie, przodujące łożysko kwalifikowało mnie do cesarskiego cięcia. Córeczka postanowiła się pospieszyć i przyszła na świat na początku 34. tygodnia ciąży. Do dziś łza kręci mi się w oku jak sobie przypomnę to uczucie strachu. Dostała 9 na 10 punktów, jednak pojawiła się odma płucna i pierwsze 5 dób spędziła w inkubatorze. Gdy pierwszy raz położna położyła mi ją na piersi wiedziałam, że było warto, że podjęłabym tą samą decyzję raz jeszcze. Nikt nie jest w stanie opisać tego szczęścia słowami. Teraz córcia ma dwa lata, rozwija się prawidłowo i jest zdrowa.

Właśnie rozpoczynamy całą procedurę od nowa. Córcia chce mieć braciszka. Trzymajcie kciuki.

Komentarze (1)
M.

2016-07-13 23:14:46

Jak bym czytała swoją historię i nawet wiek się zgadza, tylko my mamy synka :) i też myślimy o siostrzyczce dla naszego szkraba ;)